Nekla - osp.nekla.eu

historia-2.jpg 7005f27ad667184628147ede86e30bf5
Wspomnienia z lat 1939-1945 Izabela Dudek
2010-05-11 Administrator
Powrót
Drukuj
Pdf
Wyraź
opinię

 

O, serca ludzkie! O ludzka pamięci, o biedne słabe istotki. Cierpi, kto ma lepszą pamięć, kto gorętsze ma serce niż wszyscy, lecz któż przeciw ogólnemu prawu co podoła?       Zapomnienie jak pleśń pokrywa, cokolwiek się osamotniło.
Józef Ignacy Kraszewski     

 

Izabela Dudek

Wspomnienia  z lat 1939-1945

 

Spróbuję wykorzystać to przemijanie. Czas, który upłynął od tamtych okupacyjnych lat powinien dać mi szansę utrwalić to, co tak bardzo tkwi w mojej pamięci.
Co pewien czas przenoszę się chętnie do tamtego świata lat dziecinnych, tak jeszcze  ubogiego w słownictwo. Nie wiem czy podołam spisać, to co pamiętam.
W domu mówiło się często w gronie znajomych i kolegów Ojca o wojnie, ale o tej pierwszej. Byłam wtedy jeszcze mała. Coraz częściej jednak słyszałam o następnej, która na pewno wybuchnie.
Jakie ja miałam pojęcie o wojnie? Ano, idzie cały rząd wojska, gęsto, obok siebie,  z karab inami, przez szosy, pola, drogi i gdy napotka wroga w innym mundurze to strzelają do siebie. Potem idą dalej, powojują przez jakiś czas i będzie po wojnie.
- Tatuś, powiedziałam raz do Ojca, ja się wcale tej wojny nie boję. Jak przyjdzie ucieknę do boru, wykopię dół, schowam się i tyle mnie znajdą. Gdy wojna minie, wyjdę z kryjówki i wrócę do domu.
- E, córka, co ty tam wiesz o wojnie? Oni by cię w mysiej dziurze znaleźli. Obyś nigdy nie doczekała się żadnej wojny.
Odkąd pamiętam, zawsze kręciłam się koło Ojca i przysłuchiwałam się różnym rozmowom. Czy byłam ciekawa? Czy tylko odczuwałam potrzebę być obok Ojca? Chyba jednak to drugie.
Parę dni przed wybuchem wojny przyszedł do nas w Opatówku mężczyzna z walizką, ładnie ubrany. Prosił o nocleg.
- W domu nie mam miejsca, powiedział ojciec, ale w budynku gospodarczym  jeśli chce, może przenocować. Chciał.
- A dokąd tak pan podróżuje w te niespokojne, ciężkie czasy?
- Idę do Wrześni, do kolegi - odpowiedział.
Zostawił swoją walizkę w pokoju i poszedł spać.
- On, weźmy na przykład, dość bogato ubrany a nie ma pieniędzy na kolej, ino idzie polną drogą, szpieg jaki czy co? - powiedział ojciec.
Rano, kiedy odchodził i był już przy furtce, nie powiedział: do widzenia, tylko dziwne słowa: "no to chija madija" .
- Słyszałaś co on powiedział ?
- No to chija madija - odpowiedziałam.
- Choroba, chciał pewnie powiedzieć "heil Hitler". Tu cię mam ptaszku! Jak już powiedziałeś "ch" to klepałeś co bądź. A może to jakieś hasło było i szukał swojego wspólnika i nie mógł trafić? Ja mu jeszcze taką wygodę zrobiłem, że mógł całą noc nadawać swoje meldunki ?!
Opowiedział o tym kolegom i wspólnie doszli do wniosku, że to był szpieg, który chciał powiedzieć "heil Hitler" ale w porę ugryzł się w język.

W piątek, 1 września 1939 roku nie poszłam do szkoły bo jest wojna - mówili przez radio.
Jest cicho i spokojnie, tylko dlaczego tyle bydła prowadzą przez Opatówko?  Co jedno stado, pędzone przez obcych ludzi przejdzie, to znów pędzą.
Miejscowe kobiety lamentują, że bydło nie dojone cierpi i kto wie, kiedy będzie wydojone.
Czasami wóz jakiś przejedzie z uciekinierami. Na rowerach mężczyźni też na Kutno jadą.
Ojciec poszedł do naszego księdza Ludwika Dąbrowskiego i powiedział, że będzie uciekał.
- To ja też - oznajmił.  Wykopali dół obok plebanii, popakowali kościelne przedmioty        liturgiczne, zakopali i jutro będą uciekać.
Po południu, gdy byłam w ogródku, dziwnie zaczęła drżeć ziemia. Pobiegłam do domu a tam drżą szyby w oknach i drzwi.
- Na pewno bombardują Poznań - stwierdził ojciec.
I tak od tego momentu rozpoczęła się dla mnie wojna.. Miałam 10 lat.
Na drugi dzień ponownie skontaktował się ojciec z księdzem, informując, że zmienił decyzję. Po pierwsze, nie ma czym uciekać z całą rodziną, a po drugie, wydaje się mu podejrzane to, dlaczego wszyscy uciekają w stronę Kutna. Przepytał uciekinierów, kto im powiedział, że akurat tam mają uciekać?
Ktoś, gdzieś, komuś powiedział:  - Panowie, na Kutno, na Kutno, tylko na Kutno.
A tam może być krach !!
- Ja też nie wyjeżdżam - powiedział ksiądz , po czym odkopali wszystko i zostali.
Po jakimś czasie , gdy dotarły wieści spod Kutna ojciec stwierdził:
- To te szpiegi, chorobniki tak ich pchali na te Kutno. A rzeź pod Kutnem przeszła do  historii. Tymczasem bombardowano Poznań, Wrześnię, dworzec w Podstolicach.
Niecierpliwiłam się, kiedy ta wojna przeniesie się gdzieś tam, bardzo daleko.
Kiedy po paru dniach do Opatówka wjechało wojsko niemieckie, zrozumiałam, że ta wojna będzie inna, nie taka o której się nasłuchałam.

               Jesienią  1939 r. w którąś z niedziel, kiedy domownicy byli na nieszporach, przyjechało motocyklem dwóch Niemców w wojskowych mundurach aby przeprowadzić rewizję. Odbywało się to prawie w milczeniu.
- Fater ? spytał jeden.
- Nie ma Tatusia w domu i mamusi też nie ma, bo są na nieszporach - powiedziałam wystraszona.
Nie wiem czy coś rozumieli po polsku, nie powiedzieli ani słowa. Zrozumiałam tylko fater.
Jeden trzymał karabin gotowy do strzału, jakby im coś groziło z mojej strony, drugi pokazywał swoim karabinem miejsca, które mam otworzyć. Pokazywał i mówił - Na!
Otwieram szufladę biurka, sama muszę wyjmować wszystko. - Na! Pokazuje na drzwiczki boczne.
Na, na i na! Wywalałam wszystko po kolei z szafy, z kredensu, łóżka, poprzewracałam sienniki.
Z dużego, zamykanego kosza wyrzuciłam wszystkie śpiewniki i w ogóle wszystko co tylko się dało
wyrzucić. Nie znaleźli niczego co by ich z pewnością zainteresowało.
Na biurku stał duży nabój. Ojciec mówił, że to przeciwlotniczy, ze światowej czy bolszewickiej wojny, tego nie pamiętam. Górna część tego naboju była ciężka, dolna lekka,  z brązowego metalu. Przy wyjmowaniu górnej części, wydobywał się ładny dźwięk. Jeden się trochę tym pobawił . Podobała się im też ochrona na pudełko do zapałek z żółtego metalu. Wzięli sobie. Mieli ochotę na drugą ozdobną część od kompletu, ale była za duża, nie mogli włożyć do kieszeni, więc zostawili.
Pojechali. Ojciec wrócił, kiedy kończyłam robić porządek po rewizji.
- Czego ty tam grzebiesz? - zapytał.
- Tatuś, tu było takich dwóch wojskowych. Opowiedziałam jak było.
- Zabrali to od pudełka do zapałek i brzękali sobie tym nabojem.
- Patrz, te chorobniki czegoś tu szukali - powiedział ojciec, ale czego?
- Uuu., to jest już barzy., gorzy., Przecież flintę oddałem sołtysowi na trzy dni przed czasem !
- Ale radia Tatuś nie oddał.
- A będziesz ty cicho!? Zgromił mnie Ojciec.
- Pewnie, że będę, ale jak ta pani (tu wymieniłam nazwisko) w środę pytała co w radiu za granicą mówią, bo macie, to byłam cicho i mówiłam, że nie mamy od dawna radia, bo Tatuś oddał sołtysowi.
- No i co? No i co mówiła?
- Mówiła: tak? Niemożliwe!
- A do smoka !! rzucił Ojciec.
Rozpytywał we wsi czy była u kogoś rewizja, czy pytali się o niego. Nikt nic nie wiedział.
- To było na mnie palcem pokazane i szlus - powiedział Ojciec.
Tego wieczoru siedział smutny, zadumany i parę razy sam do siebie mówił: ja, ja, Polska była, potem jej nie było długo, potem znowu była, teraz na razie Niemcy znów zabrali. Ale oddadzą, oddadzą a jak nie, to psiakrewska będziemy znowu się bić, a jakże.
Wiosną 1940 r. aresztowali księdza Dąbrowskiego i zabrali do obozu koncentracyjnego w Dachau.
Ojciec podjął pracę gdzieś w melioracji. Jeszcze w 1939 r. wszystkie dzieci, które ukończyły 10 lat, zaangażowane zostały do prac sezonowych w majątku, przy wykopkach. Nie był to przymus, ale obowiązek.
- Idź córka też do tej roboty, bo wszystkie dzieci idą i mogliby się na mnie uwziąć. A jak już na kogoś będą mieli chasa, to może być źle.
Ojciec mówił mi po imieniu, czasem córka, ale będę używała tego drugiego określenia. Po prosu jako córka, czuję się bardziej z Nim związana.
Pracowałam jeszcze od wiosny do późnej jesieni 1940 roku w tym majątku (w Opatówku).
Pracy dla dzieci było dużo. Wyrywanie chwastów w rzepaku, ziemniakach, lnie. Przy żniwach stawianie snopków, zbieranie kłosów. Później wykopki, itd.
Płacili nam nawet, dniówka wynosiła 32 lub 35 fenigów.
Późną jesienią 1940 r. musieliśmy opuścić organistówkę w Opatówku, dlatego zamieszkaliśmy w Zasutowie. Tu, zimą Ojciec pracował dorywczo przy odśnieżaniu szos. Wiosną 1941 r. wrócił do melioracji, ale miał bardzo daleko do pracy. Od 1 maja załatwił sobie pracę robotnika szosowego u Niemca Reimera, który był drogomistrzem . Mieszkał w Zasutowie, zatrudniał pracowników i tutaj prowadził biuro.
- Teraz znalazłem sobie dobrą pracę i już do końca wojny nie zmienię jej na inną - oznajmił w domu.
Pracował 2 tygodnie, dłużej nie zdążył.
15 maja 1941 r. rozeszła się wieść, że w nocy spalił się budynek gospodarczy w Małej Górce u Niemca po Majchrzakach. Nazwisk nowych osiedleńców niemieckich nikt na początku nie znał lub nie pamiętał. Mówiło się: ten po Majchrzakach, ten po Kaczmarkach, Kierzkowskich itd.
W niedzielę 18 maja, gdy zbliżało się południe, wróciliśmy z kościoła.. W jakiś czas po aresztowaniu naszego księdza, ksiądz z Nekli, którego nazwiska nie pamiętam, wystarał się u władz okupacyjnych o pozwolenie na odprawianie nabożeństwa w Opatówku w  co drugą niedzielę. Przywozili tego kapłana gospodarze z naszej parafii bryczką lub w zimie saniami, po kolei, sprawiedliwie.
Jeszcze w sobotę 17-go,ojciec zgolił sobie angielski wąs, prawie taki sam nosił Hitler, dlatego zgolił. Po powrocie z kościoła, gdy macocha zajęta była przygotowywaniem obiadu, nieco później wrócił Ojciec. Zawsze wracał później, po zamknięciu kościoła. Stanął na progu i pocierając sobie prawą ręką pod nosem uśmiecha się. Nie wiemy dlaczego uśmiecha się.
- No przecież wiemy, że zgoliłeś sobie wąsa - mówi macocha.
- Nie widzicie ? -zdziwił się Ojciec.
Dopiero teraz zobaczyliśmy na małym palcu złoty, starodawny sygnecik damski   z rubinowym oczkiem. Nie pamiętam czy Ojciec powiedział gdzie go znalazł, nigdy tego nie dowiedziałam się bo później już nikogo o to nie pytałam. Za chwilę ma być obiad. Wyszłam zawołać brata i siostrę, którzy zaraz pobiegli do domu. Ja zostałam  bo do naszej bramy zbliżał się policjant w zielonym mundurze.
Wszedł już na nasze podwórko. Nie wiedziałam jeszcze do kogo poszedł, gdyż mieszkali tutaj jeszcze inni lokatorzy. Mnie o nic nie spytał. Zostałam jeszcze przed domem, bo ujrzałam koło mostu "czarnego" gestapowca stojącego z Janem Menesem. Pomyślałam sobie, że poczekam, zobaczę co będzie dalej, aby potem o wszystkim opowiedzieć Ojcu. Nagle usłyszałam za sobą kroki. Oglądam się i widzę, że Ojciec wychodzi z bramy na szosę, za nim podąża "zielony". Ojciec z zaciekawieniem patrzy przed siebie, ale gdy zobaczył tamtych stojących dalej, natychmiast opuścił głowę. Domyślił się, że jest aresztowany. Stałam i pilnie patrzyłam Ojcu w oczy, dlatego tak dokładnie pamiętam. Patrzyłam za nimi. Ojciec   z Menesem szli przodem a za nimi ci dwaj. Pomyślałam: pewnie ich zabiją za jakimś drzewem. Patrzyłam tak długo aż minęli zakręt i zniknęli z oczu.
Wróciłam do domu aby zapytać co chcieli i dokąd Tatuś poszedł?
Dowiedziałam się, że gdy wszedł "zielony" (jak on wiedział, w które drzwi wejść, mnie się przecież nie pytał) zapytał czy Ojciec nazywa się Domagała, kazał sobie pokazać ausweis                             i polecił, że ma wyjść i coś pokazać.
- Chwileczkę, tylko wezmę kapelusz.. Zabrał kapelusz i wyszedł.
Właśnie dlatego, gdy wyszedł na ulicę, patrzył z zaciekawieniem przed siebie i czekał                    na pytanie, którego się spodziewał. Dopiero gdy zobaczył "czarnego" zrozumiał podstęp.
Przechodząc obok, nawet nie spojrzał ze zdenerwowania na mnie. A tak patrzyłam Mu                     w oczy..
Zjadłam pospiesznie obiad i z niepokojem pobiegłam do wsi, może się czegoś dowiem.
Koło szkoły było sporo dzieci. Zapytałam ich czy nie widziały czasem Tatusia, gdy przyprowadzono Go razem z panem Menesem?
- Tak, oni są w szkole, jest tam już kilku ludzi.
- Nie wiadomo co z nimi zrobią, będziemy czekać, zobaczymy.
Około godziny czekałam, może dłużej, kiedy nadjechało auto terenowe. Jedno już tam stało.
- Oni pewnie po nich przyjechali? -spekulowaliśmy.
- O Jezu - mówię, a Tatuś głodny, nie zdążył zjeść obiadu.   
- To leć po chleb! - powiedział ktoś.
Pobiegłam do domu, macocha szybko przygotowała chleb i pędzę z powrotem. Biegłam                       i wpatrzona byłam w jeden punkt, w szkołę. Gdy dobiegłam, dzieciaki już się rozchodziły.
- Już ich zabrali, nie widziałaś jak jechali?
- Owszem, widziałam gdy koło Menesa mijały mnie jakieś samochody , ale ja nie patrzyłam kto jedzie w samochodach. Moje oczy były utkwione w szkołę.  Byłam ślepa.. Gdybym widziała , gotowa byłabym zaryzykować i rzucić im chleb. Kto wie, może pozwoliliby zjeść ten chleb, a mnie zabiliby za to.
Ojciec, wychodząc z domu, nie spojrzał na mnie. Wychodząc ze szkoły, na pewno spojrzał na dzieciarnię, ale mnie nie zobaczył. Mijaliśmy się tak blisko obok gospodarstwa Menesów                             ale nie zobaczyłam Go. Tatuś i tak by mnie nie ujrzał, choćbym na Niego patrzyła. Jak się później dowiedzieliśmy, obaj z Menesem patrzyli na jego podwórko, mając nadzieję, że ktoś z domowników ich zobaczy. Nikt jednak nie widział.
Los tak zrządził, że Ojciec jeszcze dwa razy przejeżdżał obok naszego domu.                                  W poniedziałek wieczorem wieźli ich zakrytym samochodem z Wrześni do Poznania                          i w czwartek, 22 maja z Poznania do Małej Górki. Jednak  już nigdy nie miałam                       Go zobaczyć.
Pozostało jedynie pytanie: dlaczego aresztowano mojego Ojca?
Nikomu wówczas do głowy nie przychodziło, że mogłoby to być związane z tym czwartkowym pożarem w Małej Górce.
Przez resztę dnia rozmyślałam sobie na różne sposoby: co by było, gdyby "zielony nie zastał Ojca w domu? Może drugi raz by już nie przyszedł? Albo ja bym gdzieś czekała i ostrzegła Go?
Mógłby też uciec przez okno w pokoju, gdy wszedł po kapelusz? Ale też nic z tego by nie wyszło, bo ledwie pokazałby się w oknie, ten "czarny" strzeliłby do Niego. A z resztą po co miałby uciekać, skoro miał wyjść na chwilę coś zielonemu pokazać? Zaczęły mnie dławić łzy. Już ciemno a Jego nie ma.

Och, Tatuś, Tatuś, już prawie ciemno,
Żeby tak Tatuś teraz był ze mną.
Tak mocno Tatuś był dla mnie kochany
A teraz już pewnie na rękach ma kajdany.

Nastąpiła pierwsza noc. Noc bez Ojca, noc pełna obaw, strachu, lęku o Jego życie. Może już nie żyje?  Sypiam sama w kuchni. Noc zabrała mi sen. Odmawiam zdrowaśki w intencji ocalenia tak bliskiej mi osoby, ale i raz po raz "wieczny odpoczynek", bo jeśli nie żyje?... Nie mogę spać.
Ze strachu o przyszłość najeżyły się moje włosy. I zaraz przypomniałam, że tak samo było, gdy Tatuś grał jedną melodię na skrzypcach. Wtedy byłam mała i mówiłam, że mi włosy szybko rosną.
Kiedy mieszkaliśmy jeszcze w Modliszewku i mieszkała z nami moja rodzona siostra, Ojciec często grywał na skrzypcach jedną i tę samą ulubioną melodię. Raz, w przerwie po tej melodii pyta mnie:  a weźmy na przykład, córka, co teraz odczuwasz jak to gram?
- Nic Tatusiu nie czuję, tylko tak jakby mi włosy szybko rosły. 
- Uhmm, a weźmy ten kawałek?
- Teraz to mnie aż szyja boli tu  - i wskazałam ręką przy samej klatce piersiowej.
- Wydaje się, że mnie aż dusi i że te skrzypce płaczą.  Spojrzałam ukradkiem na portret Mamusi..
Bo to też nazywa się.., zapomniałam tytułu tej smutnej melodii.
Nie śpię. Siostra! Moja siostra Krysia, starsza o trzy i pół roku od 1937 r. jest u babci Antoniny, matki Ojca, w Dochanowie. Nie wie, że ja nie śpię, że Tatusia aresztowali. Jak ona mówiła? Jak ta melodia nazywa się?  "Płaczące serce"?  "Płaczące skrzypce" ?
- Ty nic nie wiesz -mówiła kiedyś- ale Tatuś gra do portretu Mamusi. Zawsze staje przed Nią i Jej gra. Może mamusia lubiła tę melodię a te skrzypce tak się skarżą. Może ta melodia nazywała się "Skarżące serce" lub "Skarżące skrzypce"?
Nadchodził już ranek. Nawspominałam sobie tyle, a w myślach miałam stale urywek tej melodii, którą pamiętam do dziś. Nie spałam całą noc.
W poniedziałek 19-go nic nie było słychać, co z aresztowanymi. Cicho i głucho.
Wychodziłam do ogrodu, przykucnęłam przy grządce grochu i myślałam; groszek kwitnie, niedługo będą strączki, Tatuś by jadł, bo lubi. Co on teraz robi? Na pewno jest głodny, oni już tam na pewno jeść nie dali. Dlaczego od razu tego chleba nie wzięłam, tak na wszelki wypadek. Może bym mu podała gdy wychodzili ze szkoły? I co On sobie pomyślał, kiedy mnie nie zobaczył pośród dzieci?
Pewnie pomyśli, że go nie kocham. A ja przecież tak bardzo kocham! Czy On się kiedyś dowie? Jak przyjdzie, to wszystko opowiem co teraz myślę o Nim. A On się będzie dziwił i powie: aż tak tęskniłaś? Nie myślałem! No wiem, że my dwa kolegi jezdymy. No, no, córuchna, tak też myślałem.
Zawsze tak mówił do mnie, gdy dłużej nie widzieliśmy się. Kiedy szukał nowej posady, nie było Go nieraz 2-3 dni w domu. Czekałam wtedy z utęsknieniem na Jego powrót. Kiedy zobaczyłam z daleka balonówkę, rower z niskimi kołami i grubymi oponami, od razu wiedziałam, że to Ojciec jedzie. Wybiegałam naprzeciw i mówiłam:
- Jedy, jedy, tak mi było tęskno za Tatusiem, że aż strach. Odpowiadał mi wtedy tak jak wyżej.
Teraz wychodziłam raz po raz na szosę, bo niby dlaczego nie mają Go puścić? Pod wieczór było mi niewymownie smutno. Już prawie kończy się poniedziałek a ojciec nie wraca.
A może ta melodia nazywała się "łkające serce", bo mi tak ciężko na sercu.
Kolejna noc i ponowne kłopoty ze snem. Myśli ciągle uciekają w przeszłość. Dlaczego ojciec po zakończeniu grania kładł skrzypce, tak od niechcenia na stole i mówił: pobrzdąkaj sobie, jeśli chcesz i wychodził. Brzdąkałam trochę, bo wiedziałam, że stoi cichutko za drzwiami i słucha. Przecież nie otwierały się drzwi ani do kuchni, ani na dwór? Nie ciągnęło mnie do skrzypiec przez tę melodię, przy której tak mi te "włosy rosły". Wolałam na fisharmonii wystukiwać "kiedy ranne.." lub "wlazł kotek na płotek".
Jest wtorek, 20 maja. Tak smutno, że serce się kraje. Rozeszła się wieść o aresztowaniach mężczyzn z okolicznych wsi, w tym wielu z Małej Górki.
- Chyba jutro przejdę się do Małej Górki, może się czegoś dowiem i kogo aresztowali? -powiedziała macocha.
Usiadłam na pieńku do rąbania drzewa i rozmyślałam. Nie mogę przestać myśleć o Ojcu. Tak mnie omotały te myśli, rozglądam się dookoła, wydaje mi się jakby tu było po spaleniu, jakbym patrzyła na coś, czego już nie ma, co zostało utracone na zawsze.
Wzrok mój padł na szopkę. Stała w szczycie chlewu, rozsypująca się, bez drzwi, jedynie dach trzymał się mocno. Jest! Tam coś jest! Co teraz z tym będzie? Czy to przyda się Mu jeszcze?
Może ze dwa tygodnie temu Ojciec zamknął się w pokoju i słychać było jedynie jakby brzęk szkła.
Potem kazał mi trochę polatać. Tego samego dnia jednak powiedział do mnie.
- No pódzej tu do mnie, córuchna, pódzej, coś ci powiem.
Wziął mnie na kolana, pogłaskał po głowie, schwycił ręką pod brodę - często tak czynił - a ręce Jego były najmilsze ze wszystkich rąk na świecie.
- Weźmy na przykład, jakby co, to wszystkie papiery, co byłem przy powstańcach wielkopolskich, zakopałem w tej szopce, na samym środku. Ale jakby co, jakby co. No, nie płacz zaraz, to tylko tak, żebyś wiedziała.
Ojciec był mi Ojcem, Matką, przyjacielem, kolegą, spowiednikiem, pocieszycielem, doradcą, wszystkim. Całą moją miłość przelałam na Ojca, do cna.
Sąsiedzi kręcą się po podwórku, patrzą na mnie, przeszkadzają w myśleniu. A ja o niczym innym nie myślałam, tylko o tym co mogło być z Nim związane. Poszłam sobie za stodołę, usiadłam w kąciku, plecami oparta o tę szopę i dalej rozmyślałam. Nie tak dawno jeszcze, był u nas pan Bilski z Zasuwowa. Rozmawiali sobie z Ojcem. Ja, jak zwykle kręciłam się obok.
- Wie pan - mówił Ojciec-  oni tam mają wszystkie papiery, bestie, oni dojdą do tego. O, żebym ja teraz miał ten pas wojskowy, to może by mnie uratował, bo bym go naumyślnie nosił. Tam było na tej klamerce napisane "Gott mit uns", ale choroba, pożyczyłem jednemu z Żydowa i mi nie oddał.
Nie przychodziło mi na myśl nic ważnego poza tym, że przypomniałam sobie taką sytuację.
Gdy przyszedł p. Bilski, Ojciec kończył wbijanie gwoździ w obcasy swoich niedzielnych butów.
- Co pan wbija, gwoździe? To powinny być drewniane teksy!
- A tam teksy, skąd mam je wziąć? Przynajmniej starczą mi teraz aż do śmierci .
I poszedł też w tych butach. Nie wiem jak to nazwać, czy coś przeczuwał? Zgadł czy też był to zwykły zbieg okoliczności ? Tak minął ten wtorek, chociaż z pewnością myślałam o tysiącu innych ważnych spraw, których jednak nie zapamiętałam.
Wieczorem bałam się kłaść do łóżka - głowa robi się taka pusta, a jaka ciężka. Leżałam i przypominałam sobie najróżniejsze epizodziki z tego dziecinnego życia. Cokolwiek by to było, zaczynało brakować miejsca w łóżku. Jak było przyjemnie i miło, kiedy Ojciec zabierał mnie na rower i jechaliśmy na grzyby, gdy powiedział kiedyś:
- Muszę oprawić ci ten obrazek od przyjęcia I Komunii Św., bo wszystkim oprawiłem a twój, prawie dwa lata będzie i jeszcze leży. Oprawię kiedyś, żebyś pamiątkę miała po mnie.
Jak wróci, to zaraz mi oprawi, przypomnę Mu.
Jest już środa, 21 maja. Macocha poszła do Małej Górki. Poczułam się swobodnie. Rodzeństwo, półbrat i półsiostra, biegali po podwórku. Oni inaczej przeżywali nieobecność Ojca, byli młodsi, może nie zdawali sobie sprawy z tego co się zdarzyło. Poza tym mieli jeszcze matczyne skrzydła, ogromne skrzydła. Gdyby dla mnie przypadło chociaż jedno pióro z tego skrzydła, byłabym szczęśliwa.
Pamiętam, że odkąd umiałam pisać, jakie by to pismo nie było, wszystkie przykrości, przeżycia, zapisywałam na byle jakich karteczkach, potem zwijałam je i wciskałam na strychu między belki tak, żeby ich nie było widać. Gdy dorosnę, myślałam sobie, powybieram te papierki i spiszę do jednego zeszytu. Jak będę starsza i nie będę się bała macochy, to jej wszystko przeczytam.
Nie wiem, czy kiedyś po wojnie, gdy rozbierano tę organistówkę w Opatówku ktoś znalazł te papierki czy nie.
Dlatego te smutki zaczęłam ponownie zapisywać. Przychodziły mi dość łatwo a przez to, że zapisywałam, było mi lżej. Pisałam dla siebie w formie wierszyków, pod wpływem silnego przeżycia. Dziś myślę - żeby dać upust zbyt silnym wzruszeniom, które tak nagle na mnie spadły.
Więc kiedy macocha poszła, napisałam:

Wracaj Tatusiu o każdej porze
Najlepiej, nim się do snu ułożę
Czekam Cię o każdej godzinie
Inaczej tęsknota za Tobą nie minie.

Wróć w tym ukwieconym maju
Będzie mi wtedy z Tobą jak w raju
Jak pięknie pachną kwiaty bzu
Ty musisz, musisz wrócić tu.

Byłam dumna z tych wierszyków. Gdy wróci i Mu pokażę, to powie: no ładne, ładne, ładniejsze od tej mojej piosenki. Wiedziałam, że choćby nawet nie podobały się Ojcu i tak by mnie pochwalił.
Jesienią 1939 r. ułożył piosenkę czy pieśń i komponował do niej melodię. Kazał mi stać przed domem i pilnować czy ktoś obcy nie zbliża się a On grał i śpiewał.
Oto strzępy tego, co zapamiętałam.

"O Ty Królu Bolesławie i Janie Sobieski
jeno z grobu powstań, zobacz swoje dzieci
..................
O Ty Polsko nasza, jakżeś nieszczęśliwa
bo Cię Niemcy rozszarpali, już Cię prawie nie ma"

Może to był jakiś stary wiersz. Słowa i melodia plączą mi się po głowie do dziś.
Dzień minął w oczekiwaniu na wieści z Małej Górki. Macocha wróciła późnym popołudniem ze złymi wiadomościami.
- Chłopy kopią dół między Niemcem po Majchrzaku a tym po Kaczmarku - powiedziała. Jutro rano mają ich przywieźć i pozabijać, niby za ten ogień, co był w zeszłym tygodniu u tego po Majchrzaku.
Ciemno zrobiło się mi w oczach i zakręciło w głowie. Ogarnął mnie strach i przerażenie. Mają zakopać ich w tym dole!!! Włosy zaczęły mi "rosnąć". Muszę wyjść na dwór, chcę być sama w tej chwili, kolana się jakoś uginają, szyja zaczyna boleć.
Nie chciałam na nikogo patrzeć, bo chociaż wszyscy byli smutni, nikt nie płakał a mnie same łzy płynęły do oczu. Wysunęłam się do ogrodu, który zawsze był moim małym azylem, moim królestwem. Płakałam półgłośno: o, ja biedna, co teraz ze mną będzie, gdzie ja pójdę, nigdzie w tych stronach żadnych krewnych i wiele, wiele innych rzeczy mówiłam głośno, o których dziś jeszcze nie mogę mówić, bo nie wypada. Są sprawy o których nie można pisać.
Jeżeli ma się jedyną osobę, tę podporę, przy której człowiek czuje się bezpiecznie i ta podpora ma nagle runąć, człowiek czuje, że leci w przepaść. Tak wówczas się czułam. 
Gdzie też Tatuś może być? We Wrześni? Przecież w tamtą stronę ich wieźli.

Myślę co dzień Tatuśku o Tobie
I o tym, co ja teraz zrobię.
Bez Ciebie smutno mi w tym domu
Ale komu mogę to powiedzieć, komu?

Może pójdę gdzieś w świat daleki,
Przez lasy, pola, łąki i rzeki.
Wiem, że tego zrobić nie mogę
Bo kto mi pokaże drogę?

Kolacji nie jadłam. Niech to będzie post w intencji Ojca. Zasnąć nie mogę i myśleć nie potrafię.
Obok mojego łóżka, przy głowie, stało krzesło Ojca .Tu było Jego miejsce. Siedział tutaj, gdy przyszedł  po Niego "zielony". Wyciągnęłam teraz rękę i trzymałam to krzesło. Gdyby tutaj siedział, moja ręka obejmowałaby Go nieco powyżej kolan. Raz po raz głośno do Niego mówiłam: Tak trzymam Tatusia za nogi i myślę o Tatusiu. Czy Tatuś też teraz o mnie myśli? O swojej kochanej, nieszczęśliwej córce? Ale jeśli Tatuś teraz śpi, to nic, to nic.
Ponownie wracałam myślami daleko w przeszłość aby o czymś myśleć.
Co też stało się z nauczycielem z Opatówka, panem Ludwikiem Dudkiewiczem?
On chyba w ogóle po wakacjach nie wrócił, nie widziałam go. Gdzie może teraz być nauczyciel pan Jan Murkowski z Modliszewka? Oni się lubili z moim Ojcem. Co by teraz powiedzieli? Murkowski był zawsze taki markotny. Pamiętam, gdy byłam mała i zmarł Piłsudski, on płakał. A jak mnie chwalił za wiersz o Piłsudskim?!  I przypomniałam sobie, bo nic innego nie przychodzi do głowy. Recytowałam ten wiersz gdy jeszcze nie chodziłam do szkoły.

Wie to każde polskie dziecię
Kto to jest na tym portrecie
Kto to jest ten pan w mundurze
Czyje to brwi i wąsy duże
Czyj to uśmiech jest surowy
Gdy patrzy na dziatek głowy.

To wódz wielki i kochany
Wszystkim dzieciom dobrze znany
To marszałek, który pragnie
By dziewczęta i chłopacy
Byli dzielni, mądrzy, śmiali
Jak powinni być Polacy.

Ale co ja o Piłsudskim teraz myślę.
Obudziłam się skoro świt. Jest czwartek 22 maja 1941 roku.
Wszyscy jeszcze spali, leżałam niespokojna i myślałam. Muszę tam pójść. Może chociaż teraz będę Go widziała. Może Ojciec mnie zobaczy, może mi coś powie, może tylko ukradkiem spojrzymy na siebie ostatni raz. Ubrałam się, szurnęłam krzesłem, krzyknęłam na małego ratlerka. Byłam niecierpliwa, chodziło mi o to aby jak najszybciej obudzili się pozostali domownicy i mogłabym jak najprędzej wyjść z domu.
- Mamusia, pójdę do Małej Górki zobaczyć co tam będzie. Przekonam się czy to prawda, że mają ich pozabijać? Zajdę do Wojciechowskich i zostanę tak długo, aż się coś wydarzy lub nie.
Pozwoliła mi pójść.
Była godzina siódma, może wpół do ósmej. Poszłam bez jedzenia, boso w drewnianych pantoflach, w fartuszku. Trochę szłam, trochę biegłam przez dworzec w Podstolicach, drogą przez Opatówko do Małej Górki. Na drogach było spokojnie, nikt jeszcze nie szedł, nikt nie jechał. Weszłam do wioski od strony Targowej Górki. Zaszłam do państwa Wojciechowskich i zapytałam się starszej pani czy to jednak prawda, że będą zabijać ?
- Prawda. Sama przyszłaś?
- Sama.
- To ino idź po mamusię, a leć szybko, może zdążysz. Podobno, kto będzie chciał, może przyjść się pożegnać - tak tu mówią.
Biegnę więc tą samą drogą, skąd przyszłam.
Przybiegłam do domu i powtarzam słowa pani Wojciechowskiej.
- Ja nie pójdę - powiedziała macocha. Poleciła bratu pójść ze mną. Brat wziął czapkę. W tamtych czasach można było być boso ale bez nakrycia głowy to nie było kompletne ubranie. Ojciec też zabrał kapelusz a przecież było ciepło.
Poszliśmy. Do Opatówka co chwilę biegliśmy prędko. Dalej szliśmy normalnym krokiem. Nawet trochę nieśmiało, niepewnie. Gdzieś daleko, od strony Małej Gorki słychać było śpiew w niemieckim języku. Od strony Podstolic, przez łąki i pola, na przełaj, w stronę Małej Górki szła zgraja śpiewających, umundurowanych Niemców, tzw. "żółtków" z SA, czarnych SS i czarnożółtych NSKK. Po drodze zaczęły nas mijać grupy na rowerach lub pojedynczo, różni w mundurach i cywile.
Wydawało się, że ta droga nie jest dla nas, dlatego czuliśmy się niepewnie. Jeszcze ktoś przemknął na motocyklu.
Widać teraz z daleka jak dużo jest tam ludzi. Śpiewają, ryczą wprost. Brat wyraził swoją wątpliwość
- Lepiej nie idźmy tam.
- Idziemy do końca . Pani Wojciechowska powiedziała, że będzie można pożegnać się. Ja idę- odpowiedziałam.
Pewnie już ich tam przywieźli - pomyślałam. Mimo woli oglądam się, bo z tyłu coś zawarczało. Widzę dwa samochody ciężarowe. Jadą za nami. Przed nimi motocykl z przyczepką. Jadą wolno drogą pełną dziur. Mijają nas tak wolno, że można by skoczyć w biegu. Silniki tak wyły, stękały wu wu, wu wu wu, jakby to jęki serc były. Będę pamiętała je do końca życia. Z tyłu siedzą żołnierze, zwróceni do nas twarzą. Gdyby ich tylu nie było, gdyby ich było ze czterech, to z pewnością można byłoby zobaczyć uwięzionych ale siedzą ciasno, jeden przy drugim., między kolanami trzymają karabiny. Skręcili już w lewo, do wsi. Jeden pojechał, drugi zaraz za zakrętem stanął. Zepsuł się. Przyspieszyliśmy kroku. Widzimy jak z tej ciężarówki zeskakują żołnierze i cywile. Wszyscy tacy równi, nie mają włosów. Wśród nich nie ma Ojca, pojechał pewnie w pierwszym samochodzie. Boję się i zwalniam kroku aby nie dojść do tego pojazdu, który naprawiał jeden z żołnierzy.
Tam na miejscu coś się kotłuje. Widzimy przechodzenie, ustawianie od nowa. Samochód jednak rusza. Mężczyźni też prawie dochodzą do celu. Zrównali się przy zabudowaniach. Szliśmy też jakby szybciej i pewniej. Zbliżamy się do rowu, który przepływał w poprzek. Patrzymy przed siebie, z zebranej gromady wysuwa się dwóch, może trzech. Grożą nam pięściami. Zrozumiałam, że nie wolno nam dalej iść. Pewnie będą teraz strzelali a może i nas zabiją? Przystanęliśmy.
- O Jezu, Jezu, żeby Go tylko nie bolało. Panie Boże, ratuj Go - krzyczę. Po paru sekundach słyszymy pierwszą salwę.
- Tatuś nie żyje, Tatuś nie żyje - krzyczymy.
W pierwszej chwili pomyślałam, że to koniec strzelania, bo skąd mogłam wiedzieć ilu tam ich jest.
Patrzyłam w tamtym kierunku, jacyś ludzie pochylają się, jakby klękali - co tam się dzieje? Za chwilę druga salwa. Biegamy w kółko, jakby w jakimś młynku. Ludzie znów się tam pochylają.
Nagle brat krzyczy
- Gdzie moja czapka, gdzie moja czapka? 
Spoglądam na trawę, do rowku. Nie ma.
- Przecież masz ją pod pachą - krzyczę. O Jezu, czy Tatuś żyje? Już jest trzecia salwa. Krzyczę to samo do piątej. Zrobiło się cicho.  Minęła dłuższa chwila niż te między salwami.
- Polecimy teraz do wsi, ale nie tędy, tylko od drugiego końca, szybko! - rozkazałam. Cofnęliśmy się do głównej drogi i pobiegliśmy do wsi od strony Targowej Górki.
Zatrzymaliśmy się przy zagrodzie państwa Wojciechowskich. Stały tam kobiety płaczące przy furtce. Wyszły też inne z podwórka p. Wojtkowiaka. Drogą zbliżają się p. Kurpik, p. Wojciechowski i p. Wojtkowiak. Serce mi zapukało widząc ich żywych. Nadzieja - myślę, to nie ich przywieźli na stracenie, kogoś innego. P. Wojciechowski idzie pierwszy, jest najbliżej mnie więc pytam
- Panie Wojciechowski, a gdzie Tatuś?
On taki zdenerwowany, wystraszony, ręce trzymał daleko od  siebie, tak jakoś sztywno, całe zakrwawione. Ogląda się za siebie, do tamtych i mówi:
- Organista? Organista?... Nie wiem, nie wiem.
Pan Kurpik już wchodził na podwórko Wojtkowiaka, przypuszczam dzisiaj, że chciał umyć zakrwawione ręce, zrobił krok do tyłu i powiedział:
- Organista przecież nie żyje - co ty mówisz, przecież wiesz i.  , zawiesił głos, poczym wszedł na podwórze.
Każdy miał tu swoją radość. Zostaliśmy na drodze. Zachciało się mi nagle pić, choć troszkę wody, bo tak sucho poczułam w gardle. Nie miałam śmiałości wejść do kogokolwiek.
- Wracamy do domu - mówię cicho, zrezygnowana. Szliśmy powoli. Idąc, splotłam palce obu rąk i położyłam na głowie. Nie wiem dlaczego, ale czułam, że te ręce muszę mieć na głowie. Poza tym poczułam jakieś otępienie i bardzo lekkie uderzanie młoteczkiem w sam środek głowy. Nie bolało, ale dłońmi obu rąk uciskałam głowę, co łagodziło odczuwanie tego młoteczka. Nie myślałam o niczym, zapomniałam o wszystkim co się wydarzyło. Myślałam wyłącznie o głowie i o tym, że idę w stronę domu. Gdy doszliśmy do miejsca, gdzie zepsuł się samochód przystanęłam, chcąc przypomnieć sobie coś ważnego. Ta droga nie dawała mi spokoju.
Chciałabym dokładnie opisać to, co się ze mną działo. Usłyszałam w głowie dziesiątki dzwoneczków ale zaraz zaczęło zagłuszać je jakieś brzęczenie, cykanie owadów, pasikoników, coś takiego można usłyszeć, kładąc się latem w pogodny dzień na łące. Za chwilę wybuchnęłam wielkim płaczem,  płaczem bez łez, podobnym do śmiechu. Wtedy bardzo się wstydziłam aby komuś o tym opowiedzieć, wstydzę się i teraz. Wyrzucam to z siebie po raz pierwszy i zapewniam, że naprawdę nie chciałam ani śmiać się ani płakać. Odbywało się to bez mojej woli, zupełnie bezwiednie, nie miałam na to żadnego wpływu. Cały ten chaos i szum śpiewny zaczął mi uciskać oczy, jakby chciał ujść oczyma. Przez moment zabolały mnie oczy i nagle poczułam wielką ulgę gdy wypłynęły łzy a wraz z nimi pozbyłam się ucisku i chaosu. Zapanował zupełny spokój i momentalnie wróciła pamięć. Przypomniałam wszystko co zaszło. Gdy dziś wspominam o tym, nie potrafię tego zrozumieć.
Ruszyłam dalej, trzymając ręce na głowie bo pukanie młoteczka nie ustawało. Szłam powoli, jakbym na kogoś czekała. Co kilka kroków oglądałam się. Byłam zmęczona, tyle kilometrów zrobiłam. . Byłam głodna, nie jadłam kolacji ani śniadania. Byłam wyczerpana, chwilami czułam jakbym płynęła we śnie, myślenie było wielkim wysiłkiem.
Przejeżdżał obok mnie ostatni raz. Jeżeli siedział tyłem do szoferki, na pewno mnie widział. Już tyle przez szpary zobaczyłby. Jeśli mnie widział, to mu serce pękało z żalu. Może zobaczył mnie gdy stałam z bratem w polu? Może słyszał nasz glos? Może cieszył się, że nas widzi z daleka? Jego trudno było w tej ciżbie zobaczyć. A może pomyślał: dobrze chociaż, że wiedzą co się ze mną stało? Gdyby tak gdzieś w lesie, nikt by nie wiedział. Dlaczego jednych puścili a innych zabili? Ojciec na pewno poszedł z tamtej strony i będzie wcześniej w domu. Tak nierówno wracali z miejsca tragedii. Wojciechowski z sąsiadami byli już w domu a młynarz dopiero teraz wraca przez łąki. Idziemy z tej strony a Tatuś poszedł z tamtej.  Ale jeśli nie żyje, to Go kiedyś nawet gołymi rękoma nocą wygrzebię z tego dołu. Aby tylko nie był na samym dnie i psy nie szczekały. Nie wiadomo czy ten dół jest bardzo głęboki?
Nie, nie, On jest już w domu, też pewnie zakrwawiony. Prędko umyje się, żebyśmy nie widzieli. Ale miał to brązowe ubranie, najlepsze, będzie pewnie do niczego. Myśląc o tym wszystkim dotarłam do Opatówka. Dopiero teraz odezwałam się do brata:
- Poczekaj tu, zobaczę tylko czy pan Przybył wrócił?
Jego gospodarstwo było tuż przy drodze, obok szkoły. Wchodzę do sieni i słyszę płacz Przybyłowej. Drzwi były lekko przymknięte i nie wiedziałam co mam zrobić. Powoli odmykam je, ani nie pukam ani nie mówię dzień dobry, tylko nieśmiało wsuwam głowę.
Stół stał przy oknie a p. Przybył siedział po drugiej jego stronie, oparty na prawym przedramieniu, głowę miał opuszczoną . Nie widział mnie, bo uchyliłam drzwi po cichutku, jak duch .
- Panie Przybył, a gdzie Tatuś?  - zapytałam.
Uniósł głowę, spojrzał na mnie, jakby się ocknął.
- Idź dziecko do domu, idź !
Wycofałam głowę tak samo cichutko, jak wsunęłam. Pani Przybyłowej nie widziałam. Nie odezwała się. Była gdzieś głębiej w kuchni, za drzwiami. Wyszłam.
- I co?  - zapytał brat.
- Powiedział, że mam iść do domu.
Może tam jest już Tatuś a p. Przybył chce nam zrobić niespodziankę? Powoli, oglądając się przez cały czas doszliśmy do domu.
Macochy w domu nie było. Przyszła po południu. Powiedziała, że też tam poszła, tylko później. Dotarła, gdy mężczyźni zasypywali dół.
- Tutaj ich nie ma, zasypujemy pusty dół, bo naszła woda - powiedział p. Jóźwiak. Ciała załadowali na ciężarówki, niech mi pani wierzy, mówię prawdę.
Gdy to usłyszałam, myślałam że mi serce z żalu pęknie. To ich tam nawet nie ma? Chyba oszaleję.
Dlaczego nie szłam dalej kiedy grozili? Zabiliby mnie i pojechałabym razem z Nim. Poza siostrą nikt by po mnie nie płakał. Gdybym wiedziała, że będą wieźli zamordowanych z powrotem, nie poszłabym do wioski. Może z samochodów kapała krew, to przynajmniej garść piasku z Jego krwią wzięłabym na pamiątkę. Nawet moje oczy nie odprowadziły Go na zawsze, jedynie zaprowadziły na śmierć. Obym tych ciężarówek nigdy nie widziała.
Ale nie, nie, On wróci, tak wróci, bo pewnie już wcześniej uwolnili a tu, do Małej Górki wcale nie przyjechał. Teraz idzie gdzieś daleko, jest zmęczony, głodny, ludzie po drodze dają mu jeść a On im opowiada, opowiada. Jutro lub pojutrze przyjdzie. Naprawdę miałam taką nadzieję.
Późnym popołudniem wszedł na nasze podwórko Niemiec Gruning, zobaczył macochę więc zapytał  - Czy mąż wrócił?
- Nie wrócił i nie wróci - odpowiedziała.
- Daję głowę, że wróci - zrobił przy tym charakterystyczny gest ręką koło szyi i obrażony, że mu się nie wierzy, wyszedł z podwórka.
Dało mi to nadzieję i nadal wierzyłam, że Ojciec wróci.
Podobnie jak w pierwszą noc po aresztowaniu, tak teraz po egzekucji nie chciałam spać. Będę o wszystkim myślała, byle nie zasnąć. Starsi ludzie często opowiadali, że po śmierci daje się usłyszeć zmarłego. Będę pilnowała. Może Ojciec zapuka w okno albo usłyszę jakieś kroki? Całą noc mam przed sobą więc czuwam, może zapuka żywy lub umarły.
Kiedy dzisiaj wspominam o tym, mnie tu nie ma. Jestem w tamtym świecie dzieciństwa, daleko w przeszłości, myślę i wspominam po dziecinnemu. Inaczej nie potrafię. Ktoś pomyśli, że jestem zbyt drobiazgowa opisując mało istotne epizody z wspólnego życia z Ojcem. Ale są to najradośniejsze chwile w moim życiu, których miałam za mało. Do tych wspomnień tęsknię jeszcze dziś.
"Jeśli się zatęskni, to się obraca jak słonecznik w tamtą stronę, z której wyszedł ale oderwać się nie ma sposobu."
Józef Ignacy Kraszewski.

               Jeśli chcę myśleć całą noc aby nie zasnąć, to najlepiej żebym była bardzo blisko Ojca. Lubiłam słuchać jak opowiadał o wojnie. Często do niego mówiłam:
- Niech tatuś powie mi jeszcze coś o tej wojnie.
Opowiadał mi wciąż o tym samym, znałam wszystko na pamięć, nieraz poprawiałam te opowiadania. Przecież nie chodziło mi o treść ale o to abym przez jakiś czas mogła mieć głowę na Jego kolanach.
- O czym ci powiedzieć, o tym cielaku?
- Tak i jeszcze o czymś innym.
- No to pódzej tu, bo już wiem, że znowu chcesz głowę położyć na moje kolana - weź ryczkę.  
Myśląc o tym było mi niewygodnie w łóżku. Wstałam po cichu, wzięłam stołeczek-ryczkę, na krzesło położyłam poduszkę z łóżka i chociaż może już Go nie ma na świecie, siedzę przytulona w myślach do Jego kolan i słucham.
Perełka, nasza psinka, wkręciła się mi na kolana, zaczyna skomleć i rozglądać się raz na okno, raz na drzwi.
- Cicho, peruś, bo się wyda, że nie śpimy - szepnęłam. Widzisz, ty też tęsknisz . Zobaczymy, może jeszcze przyjdzie twój pan a teraz bądź cichutko, tak mi śpieszno do tego słuchania.
- Bo widzisz, na wojnie - opowiadał Ojciec, nie wolno brać do ręki ani leżącej bomby ani granatu, bo może wybuchnąć. Raz se idę, patrzę, leży taaaki duży cielok . Byłem ciekawy czy tę bombę podniosę i postawię na sztorc? Kiedy już postawiłem, przypomniało mi się, że nie wolno. Zamiast ostrożnie położyć, to ją puściłem ze strachu i uciekłem - ale nie wybuchła.
- A o wujku Janku?  (brat Ojca, zginął w 1915 r.)
- Gdy babcia napisała, że Janek jest "fermyst" to na ochotnika głosiłem się uprzątać zabitych z pola bitwy ale go nie odnalazłem a był blisko mnie. Pewno go bomba rozszarpała.
Gdy był w powstaniu wielkopolskim, wspominał "jak raz rąbnęli ostatnim pociskiem, to zaraz pancernik się wycofał - gnali chorobniki, jak pies".
"A jak bolszewików gonili w dwudziestym z bratem Sylwestrem, to ino krzyczeli: Wachu, Iwan, uchodi, rogate diabły idą. Tak bojeli się naszych rogatywek."  Wiele różnych historyjek opowiadał.
Dlaczego tej wojny nie mógł przeżyć? Takie przecież  miał szczęście na poprzednich wojnach.
No tak, ale na wojnach miał broń a teraz gołe ręce i w dodatku związane. O czym On dzisiaj myślał?
Może, jeśli mnie widział, powiedział " żegnaj córka na zawsze, ino się nie daj!"  A może był taki oszołomiony, że nie widział nas i szedł jak ślepy? Może "dobrze, że jesteście, opowiedzcie całemu światu co tu się stalo".  Albo "moje biedne dzieciaki, co wy teraz zrobita?" lub "uciekajta stąd, bo was jeszcze zabiją, pocośta tu przyszli?"  " No widzisz córka, zawsze gdzie ja tam i ty, wszędzie za mną chodzisz" .  Wreszcie "ach dzieciaki, jak ja chciałbym żyć ale niech już kończą, bo ledwie na nogach się trzymam".
Dałabym się wówczas pokrajać na kawałki, żeby wiedzieć co Ojciec myślał w tamtym czasie. Ile nawspominałam sobie tamtej nocy, dzisiaj nie jestem w stanie powiedzieć. Wiem jednak, że przeżyłam to bardzo głęboko, bliska obłędu.
Nie zapukał, nic nie zachrobotało, jestem tego pewna, bo nie spałam. Skoro nie pozwolił się usłyszeć, to pewnie żyje jeszcze. Będę czekała. Tak za trzy dni to powinien już na pewno przyjść. Gruning też powiedział, że Ojciec przyjdzie. Skąd mógłby nadejść?  Tylko od strony Wrześni. W oczekiwaniu na niego nigdy nie spojrzałam w stronę wsi, zawsze patrzyłam w stronę Wrześni. Często wchodziłam na płot, by dalej widzieć, wzrokiem można było sięgnąć aż do lasu.
Ach, żeby choć raz stał się cud. Cóż by to była za radość. Przy Ojcu czułam się taka bezpieczna. Teraz to poczucie zaczynało mnie opuszczać.   

Nie wierzę w to co ludzie mówili
Oni się na pewno pomylili
Tatuśku, przecież Ty musisz żyć
Ty musisz tu z nami być.

Co chwilę wychodzę z domu
Nie mówiąc nic nikomu
Wchodzę na ten duży płot
Z tej strony nadejdziesz, stąd. 

 Nie przyszedł w piątek. Jest sobota, trzeci dzień i chociaż byłam prawie pewna, że nie żyje to jednak tęsknota za Nim nie pozwalała rezygnować i tracić nadziei.
Wczoraj było farbowanie ubrań na czarno. Jeszcze w niedzielę moja sukienka była turkusowa, teraz jest popielatoczarna w granatowe plamy. W niedzielę, 25 maja poszłam w tej sukni do kościoła w Nekli. Szłam sama. Kiedy byłam w połowie drogi, między Gierłatowem a Neklą, w moją stronę na rowerze zbliżał się młody Niemiec w mundurze Hitlerjugend. Mógł być trochę starszy ode mnie. Zauważyłam, że podjeżdża do mnie, zupełnie blisko. Schodzę mu z drogi, jestem już na krawędzi rowu, podjechał do mnie i kopnął. Nie mogłam utrzymać równowagi i przewróciłam się do rowu. Pomyślałam w tym momencie o Ojcu.  On tam też znosił poniżenia i upodlenia, to i ja wytrzymam. Człowiek czuje się w takiej chwili bezradny, upokorzony, zalękniony. Kiedy odwróciłam głowę, był już daleko. Jaka ze złości zrobiłam się odważna, poza tym mnie nie słyszał, więc wyzywałam głośno:
- Czekaj diable piekielny! Ja cię poznam, choćby za dziesięć lat, po twoich skośnych oczach! My się jeszcze policzymy! Otrzepałam się i poszłam dalej. W kościele udałam się pod sam ołtarz.

Stoję tu Boże przed Tobą nieboga
I proszę Cię ukarz sprawiedliwie wroga
Niech nie biją, męczą, zabijają
Bo oni prawa do tego nie mają
I żeby Tatuś jeszcze dzisiaj przyszedł
Bo już tydzień, jak z domu wyszedł
Tak bardzo bym tego chciała
Że zakonnicą bym za to została.

               Gdy wracając, znalazłam się w miejscu incydentu z chłopakiem z Hitlerjugend, napadła mnie wielka złość. Najgorsze było to, że go nie znałam. W domu nie opowiedziałam o tej przygodzie. Lepiej niech nie wiedzą. Po obiedzie znów weszłam na płot. Jeżeli dzisiaj Ojciec nie wróci to nie wróci już nigdy. Do tej pory nawet z końca Polski by przyszedł. O, tam ktoś idzie daleko. Nie, to tylko von graf Molek. Ale daleko dzisiaj zaszedł. Był to starszy pan, który życzył sobie aby dzieci go tak tytułowały.
- Po nazwisku mi nie mówcie, tylko von graf Molek.
Tak też mówiliśmy. Całkiem normalny człowiek. W czasie spacerów zbierał niedopałki papierosów. Palił dużo i nie wystarczały mu te, kupione na kartki. Im więcej nazbierał, tym krótsze były jego spacery. To samo robiło zresztą więcej ludzi i nikt się z tego nie śmiał. Później, kiedy popasałam krowę, będąc w służbie u Reimera, zbierałam niedopałki i rzucałam przy szosie. W ten sposób skracałam mu spacery. Dochodził najwyżej do drogi, która prowadziła do p. Walenciaka.
Ciągle nie mijała mi złość na tego chłopaka. Bolało mnie biodro. Musiałam sobie o tym napisać. Miałam potrzebę pisania; dużo i o wszystkim. Był to chyba sposób na odreagowanie się w trudnych sytuacjach. Nie było na czym pisać więc pisałam na torebkach po cukrze, soli, na czym się dało. Znalazłam w moich szpargałach opis tej sytuacji z niemieckim chłopakiem w formie wierszyka. Teraz stwierdziłam, że dla takiego rozbójnika wierszem nie napiszę, bo sobie nie zasłużył.
"Ty plugu marny, wstrętny, nieznany, zobaczysz, zakują cię kiedyś w kajdany. To ja spokojnie idę sobie szosą a ty mnie ścinasz nogą, jak kosą. Że jestem Polką, to ty mnie kopiesz? Ty zgniły fałszywy szkopie, zbrudziłeś mi suknię, wstrętny, za to będziesz za nogi do piekła wzięty. Może cię kiedy jeszcze zobaczę, wtenczas stokrotnie ci się odpłacę. Zobaczysz szkiebrze paskudny, mundurek twój też będzie brudny."
W niedzielę dotarła wiadomość, że do Małej Górki przywieziono 47 osób. Część z nich była powiązana sznurami. Cztery grupy po pięć osób i jedna szóstka. Przed egzekucją jednego z nich odwiązano i uwolniono. To by się zgadzało, pomyślałam sobie. Policzyłam przecież tych wysiadających z zepsutej ciężarówki, było ich dwudziestu jeden.
W niedzielę wieczorem musiałam już uwierzyć , że Ojciec nie żyje. Taki cios! Takie rozczarowanie. Miałam żal do całego świata, że mnie tak skrzywdził. Tyle dzieci ma rodziców albo same matki a ja już nikogo.
Całą swoją miłość do Matki przelałam na Ojca. Teraz mi Go odebrali. Poprzysięgłam sobie wówczas, że choćby nie wiem co, nie dam sobie Go z serca wyrwać. Jest we mnie i korzenie zapuściły w sercu. Jedynie razem z sercem musiałby być wyrwany. O tym, co czułam i przeżywałam, nic w domu nie mówiłam. Byłam zamknięta w sobie. Dlatego było mi ciężej niż powinno.
Aby ukoić ból pisałam listy do Ojca i na nie odpisywałam. Odpowiedzi były takie, jakich sobie życzyłam.  Np. dlaczego Tatuś śpiewał ".i przyjdzie maj, zakwitną bzy, gdzieżeś ach gdzie, kochanie, Ty ?"   Czy Tatuś wiedział, że w maju umrze i ja tak właśnie będę o Nim myślała ?
Dlaczego Tatuś śpiewał do Sobieskiego " .jeno tylko z grobu powstań, zobacz swoje dzieci"?
Czy ja tak samo mam wołać do Tatusia?  Takie zadawałam wtedy pytania.

Już czwarty dzień nadchodzi
I Tatuś mój nie przychodzi
Pewnie Go jednak zabili
A ludzie prawdę mówili

Straciłam już wszelką nadzieję
Gdzie ja się biedna podzieję?
Z domu mnie pewnie wygnają
Bo oni serca dla mnie nie mają.

...........................

Pracuję już u Niemca, tego, który i Ojca przyjął do pracy. Dla Niego nie zakończyło się to szczęśliwie. A jak zakończy się dla mnie?

Koniec pierwszej części .

W tekście zachowano oryginalną pisownię autorki wspomnień.

O autorce:
Izabela Dudek (ur. 1929 r.) , córka Wincentego Domagały, organisty w kościele w Opatówku, rozstrzelanego 22 maja 1941 r. w Małej Górce.
Od 1945 r. mieszka w Bydgoszczy.

Opracowanie redakcyjne: Jerzy Osypiuk

Podpisy do zdjęć:
1. Wincenty Domagała z rodziną. Na kolanach u ojca siedzi autorka wspomnień.(zdjęcie z archiwum rodzinnego Izabeli Dudek)

 

2. Obwieszczenie starosty średzkiego informujące o egzekucji w Małej Górce. 

3. Izabela Dudek w 2005 r. ( foto. Jerzy Osypiuk)

Powrót
Drukuj
Pdf
Wyraź
opinię
100 lat_230.jpg a39448e701cf7f54c1b9ff9fc359c78c